A może wystarczy zacząć przelewać te myśli na literki, tak dla samej siebie, gdzie nikt wcale nie musi tego czytać? A może nie muszę zrzucać tego balastu niekończących się myśli na ludzi wkoło, może mogę rozmówić sie z własnym ego na osobności? Brakuje mi cierpliwości, to przecież jedna z moich największych życiowych przywar. Pospieszne działanie, pospieszne kochanie, pospieszne uzdrawianie. A to dupa. Się nie da.
Przedziwna jest ta moja depresyjna codziennośc, w której z godziny na godzinę potrafię przejść od totalnego marazmu i rozpaczy, bo przecież resztę życia przyjdzie mi spędzić na lekach depresyjnych, głębokiego współczucia dla mojej mamy która będzie się musiała mną opiekować i samożałości o to jak egoistyczna i zamknięta jestem w swojej głowie. A potem wystarczy jakieś zdanie, bodziec, uśmiech, krok, kawa, cokolwiek przedziwnego i nagle wychodzę, ego idzie spać a ja przypominam sobie ze przecież żyję i żyjąc dobrze, bez krzywdy, w dobrej karmie, świat wskaże mi ścieżkę. Zastanawia mnie to głębokie przekonanie o pewnego rodzaju bezwolnosci wobec losu, połączonego ze świadomością że o czym nie pomyślę, to na siebie ściągnę. Dobre i złe. Ten mój patchworkowy światopogląd ma wiele dziur, może gdybym nie szyła go tak NIEcierpliwie, nie gubiłabym się w nim dziś aż tak.
Fakty,
Jestem zajebista kurwa szczęściara że M. nie pierdolnął jeszcze wszystkim i nie wypisał się z klubu “Napięciówka”. Oj trudne są te konstatacje w których po miesiącach robienia z siebie ofiary zamkniętego, odciętego od siebie raptusa który za wszelką cenę chce mnie zmienić pod swoje życzenie i zabodzcowac na śmierć nagle dostrzegam że to ja sama nie potrafiłam być zwykłą sobą, i zdecydowałam się tworzyć jakąś alternatywną magiczną kreaturę z jego marzeń. Wbrew sobie. Ale czy po to by faktyzcnie się do niego dopasować? Czy dlatego że nie wierzyłam że może mnie kochać? Czy dlatego że chciałam cierpieć w tym, że nie można kochać prawdziwej mnie?
To co się ze mną zadziewa, wszystkie te miliony myśli, powątpiewań, to wszystko wokół "ja, ja, ja" które w końcu dostrzegłam, to wszystko jest już tak męczące, ale to naprawdę jest bardzo, BARDZO egocentryczne. I nie tylko teraz w tym wodospadzie przytłoczenia i zagubienia. Wcześniej też było. I może jestem dla siebie zbyt surowa, może znów przestałam widzieć szersze spektrum i to jak dobry jest dla mnie M. ostatnie dni zatarło mi wszystko co było wcześniej, ale ja szczerze widzę, szczerze widzę że to ja jestem tą atomówką napięciówką.
Szczerze zastanawiam się czy ten cały dramatyczny rozstrój depresyjny który dzieje się ostatnie dni w drugiej fali nie jest odpowiedzią mojej podświadomości na niezaspokojoną potrzebę możliwości bycia słabą, możliwości rozpadnięcia się. Bo o czym to może być? Dzień w dzień kotłuję się z pytaniem "Dlaczego?". Dlaczego mi się to dzieje, dlaczego to przyszło. Minuty spędzone w głowie zdają się dłużyć w nieskończoność, męczą umysłowo, nie pozostawiając już szczątków zdolności poznawczych na cokolwiek produktywnego. Praca? Tak, popracujmy nad stworzeniem scenariusza tego jak ją tracisz, klepiesz biedę, starzejesz się ze stresu i stajesz się smutnym cieniem siebie na zawsze. Tylko pamiętaj, na zawsze, nie ma innej opcji. To już na zawsze.
No kurwa, o co biega?
Jak to w ogóle brzmi?
Każda próba przekazania jakiemuś mościu tego co się ze mną zadziewa brzmi jak wyznanie tak infantylne, że samą mnie żenuje to jak błahe są te rozkminy które mnie zabierają. A jednak. Robią to. Zabierają. Te strzały, lęki, bóle, somatyka, są prawdziwe. Podczepiają się pod te myśli i sprawiają że myślę sobie jakim ty małym jesteś człowieczkiem, jak Ty mało jesteś w stanie unieść. Dziewczynko.
Ale no właśnie. Czy to przypadkiem nie dlatego że to co czuje być może wcale nie nalezy do mnie. Tylko do tej dziewczynki?
Czy to możliwe?
Szukam odpowiedzi na to pytanie już tak długo. HE, parę dni. Olga, to trwa znów parę dni. Po prostu wystrzeliwujesz te myśli jak z karabinu maszynowego. Wyrabiasz 666% dziennego przydziału kminienia o sobie. A wszytsko inne leży.
No po coś to jest, męczę się fchuj. Chcę z tego wyjść tak bardzo.
Tęsknię za tą egzystencjalną lekkością, za przekonaniem że "żyćko jest dobre i mnie prowadzi".
Żyćko jest dla mnie bardzo dobre i łaskawe a ja chuj wie czemu wkręciłam sobie że jest za dobre i muszę cierpieć. Co ja katoliczka?
CZEMU TAK BARDZO CHCĘ BYĆ OFIARĄ?
Dlaczego nie potrafię po prostu chcieć żyć i cieszyć się życiem? Czy to jakiś wdrukowany tryb z podświadomości, zaburzenie chemii mózgu czy zbyt duże wkręcenie sobie konieczności ponoszenia cierpienia na drodze rozwoju duszy w tym wcieleniu? Bo to przecież kolejne ze zlepka moich wierzeń.
Tak racjonalnie rzecz ujmując, to przecież mogę żyć lekko, mogę się z tego życia cieszyć i jak każdemu życie to napisze taki lub inny ciężar do pokonania. To czemu ja próbuję je sobie tworzyć sama? No nie wiem.
Zero sensu. Zero Olga. Puść to, na nic Ci to.
No comments:
Post a Comment